| Transfotografia
Miedzy polityka a polifonia
W zalewajacej Polske powodzi festiwali fotograficznych
o rozmaitej randze, zasiegu i lokalizacji, o pierwszenstwo coraz wyrazniej
walcza te, które proponuja widzowi cos wiecej, niz tylko i wylacznie
prezentacje fotografii. Mam tu na mysli nie tylko imprezy tematyczne,
z definicji skupione na ustalonym i uprzednio okreslonym zagadnieniu czy
zjawisku, ale przede wszystkim prezentacje problematyczne, które
wyrywaja widza z jego biernej roli przezuwacza kolejnych obrazków.
W zamian proponuja mu nie zawsze wygodna, za to przewaznie dynamiczna
i nieprzewidywalna konfrontacje ze stereotypami i tym, co Francuzi okreslaja
mianem idées réçues – "ideami dostanymi",
pomyslami i pogladami "otrzymanymi" przez jednostke od innych
i aplikowanymi dosc bezrefleksyjnie w ramach wlasnego swiatopogladu. Kiedys
takie myslowe "wytrychy" formowala przynaleznosc do danego klanu,
warstwy spolecznej czy grupy zawodowej; obecnie ewidentnie determinujaca
role w tej dziedzinie przejely media, zwlaszcza te operujace obrazem,
a wiec telewizja i prasa ilustrowana, czyli ta wykorzystujaca fotografie.
I tu dochodzimy znów do glównego watku tych rozwazan, czyli
fotografii i panoramy festiwali fotograficznych, wsród których
druga juz z kolei propozycja Transfotografii wydaje mi sie zaslugiwac
na cos wiecej, niz tylko pobiezna uwage.

Przy czym poslugiwanie sie przeze mnie w tym miejscu francuskim sformulowaniem
idées reçues to cos wiecej, niz tylko popis erudycji: Transfotografia
to wszak polsko-francuski dwuglos, laczacy doswiadczenia francuskiej dyrekcji
festiwalu Transphotographiques z Nord-Pas de Calais z wyczuciem polskiego
dyrektora artystycznego, zwiazanego przez wiele lat z jednym z najbardziej
opiniotwórczych czasopism skierowanym, nieco przekornie, "nie
dla wszystkich fotografów". Nic dziwnego, ze ten interesujacy
od poczatku dwuglos rozrasta sie na naszych oczach w coraz smielsza polifonie,
proponujac widzom precyzyjnie skonstruowana serie projektów fotograficznych,
w której wiekszosc wystaw to polskie, czy wrecz swiatowe premiery,
a jedna z nich powstala na specjalnie na zamówienie organizatorów.
Ten miedzynarodowy projekt Granice i Przekraczanie, efekt wspólpracy
z Instytutem Francuskim, stanowi zarazem cos w rodzaju glównej
osi tegorocznej edycji Transfotografii, noszacej dokladnie ten sam tytul.
Przy czym punktem wyjscia refleksji organizatorów nad kwestia istnienia
granic i przekraczania tychze stala sie w tym roku okragla, bo piecdziesiata,
rocznica podpisania Traktatu Rzymskiego. I choc tak naprawde (o czym z
pewnoscia nie wszyscy wiedza), w wyniku przekomicznego spietrzenia najrózniejszych
przeciwnosci logistycznych, dnia 25 marca 1957 roku ostateczna wersja
tekstu bynajmniej nie zdazyla zostac wydrukowana, a ministrowie oraz szefowie
delegacji rzadowych zlozyli uroczyscie podpisy pod "traktatem",
który w rzeczywistosci byl plikiem pustych kartek – poza
pierwsza i ostatnia strone dwóch grubych tomów! –
to jednak sam fakt podpisania Traktatu Rzymskiego przez Francje, Republike
Federalna Niemiec, Wlochy, Belgie, Holandie i Luksemburg rzucil mocne
podwaliny pod ówczesna Europejska Wspólnote Gospodarcza,
a dzisiejsza Unie Europejska, której zarówno Francja, jak
i Polska sa przeciez czlonkami.
Celem programu glównego festiwalu Transfotografia 2007 jest wiec
stworzenie wieloplaszczyznowej, wizualnej analizy pojec granicy i jej
przekraczania. Wsród zaproszonych do udzialu artystów znalezli
sie m.in. Thibaut Cuisset, Gautier Deblonde, Grégoire Eloy, Léo
Fabrizio, Michael von Graffenried, Manuel Litran, Rafal Milach, Olivier
Mirguet, Lucia Nimcova, Oiko Petersen, Ula Tarasiewicz, Joanna Zastrózna
oraz duet Yann Mingard i Alban Kakulya i kolektyw Sputnik Photos. Projekt
Granice i Przekraczanie sygnuja Czech Tomas Pospech, Francuzi Julien Goldstein
i François Daumerie, Niemiec Kai Ziegner oraz Polak Tomasz Rykaczewski.
Wsród prezentowanych wystaw znajdziemy zarówno fotografie
reportazowa, jak i pejzaz zblizajacy sie do malarstwa abstrakcyjnego;
polifoniczne eseje fotograficzne i przewrotna fotografie propagandowa
z socjalistycznego raju na ziemi, wizerunki naukowców i portrety
"gejowskie"; barwne wydruki wielkoformatowe obok czarno-bialych
odbitek barytowych. Wspólny mianownik tych wszystkich wystaw pozwala
jednak na refleksje wykraczajace daleko poza impresje stricte estetyczne,
jak to zaraz sie okaze.

A zatem – granice i przekraczanie. Kusi mnie, by zachecic teraz
do przyjrzenia sie uwazniej tym pojeciom: a moze i w nich samych drzemia
echa idées reçues? Polityczny wymiar granic, tych kaprysnych
kresek na mapie, dzielacych ludzi rózniacych sie miedzy soba –
choc nie zawsze! – uzywanym jezykiem, imieniem bozym wzywanym nadaremno
czy stosowana na co dzien waluta tudziez stanem konta, to tylko jeden
z wymiarów zjawiska okreslanego tym mianem. Inne, mniej widoczne
granice przebiegaja wewnatrz kazdego kraju, na naszych oczach dzielac
chocby mieszkanców Polski na tubylców i emigrantów,
bogatych i biednych, mieszczuchów i wiesniaków, liberalów
i konserwatystów, "wyksztalciuchów" i "moherowe
berety", ze o kobietach i mezczyznach nie wspomne. Po kazdej stronie
kolejnej, niewidzialnej i subtelnej, ale bolesnie wyczuwalnej granicy
czai sie przekonanie, ze to po jej drugiej stronie jest cos "nie
tak". Ostatecznie przeciez wszystkie granice tego typu miedzy ludzmi
biora swój poczatek w nieprzekraczalnej granicy doswiadczenia indywidualnego
kazdej jednostki: empirycznie stwierdzamy i potwierdzamy codziennie, niemal
w kazdej sekundzie, ze "ja" to cos zupelnie innego, niz "ty",
nie mówiac juz o "nim" i o "niej", obecnych
w ewentualnej rozmowie najwyzej jako jej przedmiot, nigdy podmiot. To
samo zjawisko unaocznia nam przedstawienie fotograficzne: granica miedzy
fotografujacym a fotografowanym nie zaciera sie nigdy, paradoksalnie nawet
w przypadku autoportretu – a spojrzenie widza na fotografie to sól
na otwarte rany miedzy jednym ludzkim istnieniem a drugim. Bo kazdy ekspert
wojskowy potwierdzi, ze tam, gdzie sa granice, tam mozliwa jest wojna.
I tak dlugo, jak ludzie pozostaja niewolnikami swoich granic, beda uwiklani
w walke.
Jaki zatem jest sens granic? Pozornie chodzi
tu o zawsze sluszna walke o zachowanie wlasnej tozsamosci. Granica okresla
przeciez wyraznie to, kim jestesmy, w jakim miejscu konczy sie nasze zycie
i zaczyna zycie cudze. Konfrontacja z drugim czlowiekiem polega w zasadzie
na wyznaczeniu mu wyraznych i nieprzekraczalnych granic, wraz z okresleniem
konsekwencji, z którymi sie spotka, gdy je przekroczy. To wlasnie
granice pomagaja nam okreslic, kim jestesmy w relacjach z innymi ludzmi.
Dlatego tak chetnie uczymy sie dzis, jak wyznaczyc i umocnic swoje granice,
dochodzac do tego, czego chcemy, a czego sobie nie zyczymy; co kochamy,
a czego nie cierpimy; kiedy "jestesmy soba", a kiedy nie. Powszechne
jest przekonanie, ze wlasnie ci, którzy wlasciwie wytyczyli swoje
granice, potrafia jednoznacznie wyrazic wlasne opinie, przekonania i postawy.
Ci natomiast, którzy nie nakreslili wyraznych granic, nie sa pewni
tego, co mysla, czuja i pragna. I dlatego latwo ulegaja cudzym zadaniom,
ze z reguly traca pewnosc siebie, gdy trzeba wystapic we wlasnej obronie.
A to wlasnie granice bronia nas przed krzywda i zranieniem, chronia nasze
wartosci, uczucia, czas, energie i postawy.

Z drugiej strony, sam fakt istnienia granicy stanowi jednoczesnie zachete
do jej przekroczenia. Kazda granica dzieli przestrzen na te, w której
jestesmy – i te, gdzie nas nie ma. A to miejsce, gdzie nas nie ma,
zawsze kusi jak zakazany owoc. Stad odwieczne dazenie czlowieka do przekraczania
granic, odkrywania Ameryk, drazenia stereotypów, wysadzania w powietrze
ustalonych porzadków – bo nawet, jesli w dotychczasowym rozrachunku
prowadzi to do generowania kolejnych, coraz to nowych, nieopisanych jeszcze
granic, to jednak intuicja podpowiada nam, ze tu kryje sie prawdziwy wymiar
wolnosci czlowieka. A zarówno filozofia, jak i fizyka dopowiadaja,
ze tkwi on nie tyle w przekraczaniu granic, co w uswiadomieniu sobie ich
iluzorycznosci. Nowy model swiata wylaniajacy sie z fizyki wspólczesnej
jest zaskakujacy: zarówno przestrzen i czas, jak i podzial na czas
i przestrzen sa w nim wzgledne. Teorie pola poddaja w watpliwosc podzial
na czastki materialne i próznie: nie da sie wydzielic czastek od
otaczajacej przestrzeni; czastki istnieja jako zageszczenia ciaglego pola
przestrzeni, a wszechswiat to nieskonczona siec wzajemnie powiazanych
ze soba zdarzen. Fizycy stajac wobec wyników badan mówia
wrecz, ze rzeczywistosc powstaje wraz z faktem jej postrzegania: nie ma
granicy pomiedzy obserwatorem a rzeczywistoscia; rzeczywistosc nie istnieje
jako fakt zewnetrzny, a jako fakt psychiczny. Czy w przypadku fotografii
nie jest to interesujaca perspektywa?
Tymczasem filozofia nie od dzisiaj podkresla,
ze to dlatego jestesmy wyobcowani od siebie, innych ludzi i swiata, iz
kawalkujemy nasze doswiadczenie na czesci, oddzielone od siebie granicami.
Wszelkie nasze konflikty, leki, cierpienia i rozpacz sa spowodowane wlasnie
granicami, które nieswiadomie czy podswiadomie narzucamy naszemu
doswiadczeniu. Filozof Ken Wilber, autor ksiazki o znaczacym tytule "Niepodzielone",
jasno stwierdza, ze zyjemy w swiecie konfliktów i przeciwienstw,
bo zyjemy w swiecie granic. Skoro kazda linia graniczna jest zarazem linia
frontu, czlowiek wiecznie staje przed kolejnym dylematem: im trwalsze
wyznacza granice, tym trudniejsze sa jego zmagania. Im mocniej trzyma
sie rozkoszy, tym bardziej boi sie bólu. Im usilniej dazy do sukcesu,
tym bardziej leka sie porazki. Im bardziej kurczowo trzyma sie zycia,
tym bardziej przeraza go smierc. Im bardziej sobie cos ceni, tym wieksza
obawa napawa mysl o jego utracie. Wiekszosc ludzkich problemów
to problemy granic oraz przeciwienstw, które one wytwarzaja. Przy
czym najczesciej stosowanym sposobem ich rozwiazania jest próba
usuniecia jednego bieguna przeciwienstw: rozwiazaniem problemu dobra i
zla jest próba wykorzenienia zla; rozwiazaniem problemu zycia i
smierci jest próba poszukiwania niesmiertelnosci. Lecz, co ciekawe,
granica zawsze traktowana jest jako rzeczywista i wciaz operujemy wytworzonymi
przez nia przeciwienstwami. Nie kwestionujac realnosci samej granicy,
uparcie wierzymy, ze przeciwienstwa sa tylez odrebne, co nie do pogodzenia:
zycie i smierc, dobro i zlo, milosc i nienawisc, "ja" i "on"
– czy te kategorie nie sa tak rózne, jak noc i dzien? I czy
zycie nie byloby duzo przyjemniejsze, gdybysmy tylko umieli wykorzenic
wszystkie negatywne bieguny par przeciwienstw? Gdybysmy potrafili przezwyciezyc
ból, zlo, smutek i smierc, wtedy zycie byloby takie piekne…
Byc moze nalezaloby poprzestac na stwierdzeniu,
ze zarówno istnienie granic, jak ich przekraczanie, jest w gruncie
rzeczy równie iluzoryczne. Szklanka do polowy pusta jest równoczesnie
do polowy pelna, a element oceny i segregacji zjawisk jest ostatecznie
równie jalowy, jak próba skrecania przez cale zycie wylacznie
w lewo czy tez w prawo. I na tym wlasnie poprzestanmy, ze swiadomoscia,
ze w rozwazaniach tych docieramy juz do granicy tego, co w tak syntetyczny
sposób moze zostac w tym miejscu wyrazone. Przyjmujac zatem granice
i ich przekraczanie jako bardzo specyficzne idées reçues,
swojego rodzaju zatrute prezenty przekazywane sobie przez ludzi z pokolenia
na pokolenie, miejmy odwage chocby przez ulamek sekundy wsluchac sie w
swiat jako w niekonczaca sie polifonie, pelna nieograniczonych mozliwosci,
nieustannie wymykajacych sie jakiejkolwiek ocenie. Bo, byc moze, wlasnie
miedzy takim wszechogarniajacym i nie oceniajacym sposobem pojmowania
swiata jako przestrzeni bez granic, a powszechnie panujacym spojrzeniem
na swiat jako na ogromne biurko pelne lepszych czy gorszych szufladek,
lezy tak naprawde ta jedyna, niewidzialna i istotna granica, która
rzeczywiscie warto próbowac przekroczyc. Zanim, jak slusznie zauwaza
Lech Majewski w "Ogrodzie rozkoszy ziemskich", po kazdym z nas
– kobiecie czy mezczyznie, Francuzie czy Polaku, fotografie czy
krytyku – w koncowym rozliczeniu nie zostanie i tak okolo trzydziestu
osmiu litrów wody, dwanascie kilogramów wegla i trzy gramy
zelaza. O ile dobrze pamietam proporcje.
Marta Eloy Cichocka
|