EDITO




Szanowni Państwo,
Już po raz czwarty mam zaszczyt powitać Międzynarodowy Festiwal Transfotografia w Gdańsku. Jest to niekwestionowane święto światowej fotografii, które na dwa miesiące zawładnie naszym miastem.
Podczas tegorocznej edycji Transfotografii będziemy mieli szansę spojrzeć na tematykę Europy i jej granic, zarówno oczami twórców działających w części zachodniej starego kontynentu, jak i tzw. „młodych europejczyków”, pochodzących z Europy Wschodniej i Środkowej. Ale na Europie nie poprzestaniemy, gościć będziemy także przedstawicieli pozornie dalekiej Brazylii.
Zaproponowana tematyka podejmowana przez zaproszonych artystów w pełni koresponduje z ogólnymi założeniami Festiwalu Transfotografia, który przekracza granice nie tylko artystyczne, ale także geograficzne czy ideowe. Po raz kolejny Transfotografia to nie tylko prezentacja starannie wyselekcjonowanych, profesjonalnie wykonanych fotografii, opatrzonych atrakcyjną oprawą wizualną, ale także ważne intelektualnie przesłanie, które skłania do refleksji oraz inicjuje dyskusję.
Nieprzypadkowy zdaje się być dobór artystów reprezentujących takie kraje jak Czechy, Rumunia czy Łotwa, które ze względu na wieloletnie jarzmo reżimu komunistycznego, traktują zagadnienie granic z wyjątkowym wyczuciem.
Temat przekraczania granic jest nam Polakom bliski, a dla Gdańska ma niewątpliwie pierwszorzędne znaczenie. To w naszym mieście zaczęła się wolność. Teraz, będąc obywatelami kraju członkowskiego Unii Europejskiej, od pięciu lat bez przeszkód przekraczamy granice nie tylko geograficzne, ale także polityczne, społeczne czy kulturowe, przez lata sztucznie nas ograniczające. Sami uczymy się demokracji, ale jednocześnie służymy naszą wiedzą i doświadczeniem, świadomi obowiązków, jakie nałożyła na nas przeszłość.
Transfotografia to wspaniałe przedsięwzięcie, rokrocznie wzbogacające nasze trójmiejskie kalendarium kulturalne, które nie odbyłoby się bez ogromnego zaangażowania Fundacji Transfotografia mieszczącej się w Lille, we Francji. To także nieoceniony wkład naszych miejskich instytucji kultury: CSW Łaźnia, Klubu Żak, Gdańskiej Galerii Miejskiej, oraz właścicieli Galerii Pionova, których wsparcie i współpraca pozwalają nam nieprzerwanie kontynuować ten projekt w Gdańsku.
Jestem głęboko przekonany, iż obecnie możemy uznać Festiwal Transfotografia za projekt na stałe zadomowiony w naszym mieście oraz, że przestrzeń kultury wolności okaże się podatnym gruntem dla jego dalszej ewolucji i kolejnych odsłon, towarzyszących Gdańskowi w staraniach o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

Prezydent Miasta Gdańska
Paweł Adamowicz




 

Dita Pepe, Oiko Petersen i Joao Urban – czyli Festiwal Transfotografia w CSW Łaźnia

Dokumentacja obecnie zachodzących zmian społecznych, przełamywanie i przekraczanie barier, autorefleksja, a przy tym poruszanie się w obrębie estetyki nowego dokumentu z delikatnymi nawiązaniami do piktorializmu, a czasem nawet surrealizmu – to wspólny mianownik fotografii prezentowanych w ramach tegorocznej edycji festiwalu Transfotografia. Trzy wystawy eksponowane w CSW Łaźnia łączy jeszcze coś innego. Mamy tu do czynienia z barwnym, wyimaginowanym, zainscenizowanym światem skonfrontowanym z szarą, szablonową codziennością. Zarówno w pracach Dity Pepe, Oiko Petersena i Joao Urbana obserwujemy swoiste przejście na drugą stronę lustra; wszyscy autorzy kreują lub uwieczniają magiczne, zainscenizowane krainy, w których portretowani przez nich bohaterowie wcielają się w odległe im fizycznie lub socjologicznie postaci aby dowiedzieć się więcej o sobie samych albo przekazać światu zewnętrznemu sygnał o swoim istnieniu i unikalnym charakterze.

Czeska fotograficzka Dita Pepe posługując się fotografią przeprowadza swoisty eksperyment – sprawdza jak dramatycznie potrafi zmieniać się nasza tożsamość, gdy wchodzimy w związki z innymi ludźmi oraz pod wpływem zaistniałych okoliczności i otoczenia.
W serii „Autoportrety” artystka odgrywa role według scenariusza spod znaku „co jeśli?” – portretuje się w różnorodnych przebraniach wcielając się kolejno w role żon lub partnerek mężczyzn z różnych środowisk. Każda fotografia jest wykonana w typowym, realnym otoczeniu dla danego mężczyzny, zazwyczaj z jego dziećmi (czasem też z prawdziwą córką autorki ‘wpisaną’ w scenerię). Fotografuje się także obok kobiet w różnym wieku, różnych zawodów i odmiennej pozycji społecznej. Raz jest prostą wiejską dziewczyną w chustce a następnie wyzywającą prostytutką w różowym szlafroczku, kiedy indziej atletką z hantlami prezentującą swoje dobrze zbudowane ciało. Na pierwszy rzut oka można nawet nie spostrzec, że autorka występuje na wszystkich zdjęciach, tak bardzo zmienia się jej wygląd i wyraz.
Wcześniej mogliśmy obserwować jak podobnym auto-transformacjom poddawała się Cindy Sherman w swoich pracach, ale tym razem mamy do czynienia z formą mniej wypracowaną, utrzymaną w stylistyce nieformalnych fotek, co sprawia, że każdy z obrazów wydaje się naturalny, swobodny, może trochę niedbały, ale przez to bardziej wiarygodny.
Seria „Autoportrety” Dity Pepe jest swoistym zapisem socjologicznym różnych archetypów dzisiejszego społeczeństwa, ale także wydaje się być efektem silnej, wewnętrznej potrzeby akceptacji przez otoczenie, przynależności do grupy, wpasowania się w struktury społeczne niczym kameleon lub allenowski Zelig – próbą uniknięcia wykluczenia, strachu przed odrzuceniem. Stawiamy sobie pytanie: na ile możemy pozwolić sobie na „bycie sobą” będąc częścią danej społeczności. Czy tylko wtapiając się w środowisko i wyrzekając się swojej indywidualności i odmienności możemy w prosty sposób uszczęśliwić siebie i swoje otoczenie?

Z kolei Joao Urban w serii „Tu i tam” dokonał wnikliwej dokumentacji świata wykreowanego przez polskich imigrantów, którzy osiedlili się w brazylijskim stanie Paraná – i aby nie utracić swojej tożsamości narodowej, kulturowej i charakteru, stworzyli barwne, czasem mocno przerysowane, przepełnione motywami folklorystycznymi i religijnymi domowe świątynie polskości. Ponieważ większość osadników przybyła do Brazylii jeszcze w czasach zaborów i I wojny światowej zadaje się, że dla ich potomków czas zatrzymał się w miejscu – nadal kultywują tradycje przekazane przez ich przodków i mieszkają w domach przypominających wnętrza wiejskich skansenów. Większość z nich to konserwatywni katolicy, zazwyczaj zajmujący się tradycyjnym rolnictwem i mówiący językiem staropolskim przeplatanym portugalskimi słowami.
Joao Urban, sam będąc spadkobiercą tej kultury, podszedł do tematu w sposób naturalny, szczery, bezpośredni – była to dla niego osobista wyprawa w poszukiwaniu własnej tożsamości, przynależności kulturowej,  sposób na wewnętrzną konfrontację.  
Fotografie Urbana mają w sobie coś z estetyki i klimatu „Zapisu socjologicznego” Zofii Rydet, która pragnęła utrwalić zagrożone i przemijające życie na polskiej wsi. Zdaje się, że to, co udało się udokumentować Rydet, i co odeszło z polskiej kultury ludowej, paradoksalnie zachowało się z całym swym bogactwem w tak odległym miejscu jak Brazylia.

Najnowszy cykl fotograficzny Oiko Petersena „Downtown Collection” to z kolei fantastyczna, magiczna podróż, którą proponuje swoim modelom i modelkom oraz widzom. Artysta posługując się estetyką fotografii mody stworzył swoistą kampanię reklamową. Na pierwszy rzut oka może nam się wydawać, że to promocja nowej kolekcji ubrań, ale w rzeczywistości Petersen podjął się trudniejszego zadania – zareklamowania świata ludzi z zespołem Downa. Posługując się estetyzującą fotografią zachęca, aby pozbyć się wszelkich barier i uprzedzeń i wybrać się do tytułowego Downtown – wewnętrznego świata osób z zespołem Downa, gdzie najważniejsze miejsce zajmują miłość, marzenia, śmiech. Petersen przełamuje stereotyp, według którego zespół Downa to wyłącznie ból, smutek, nieszczęście i choroba. Świat przedstawiony przez artystę okazuje się zgoła odmienny – przypomina barwną, beztroską i radosną krainę, niczym z przeboju Petuli Clark. Zresztą, trawestując słowa jej piosenki, proponuje, by pozbyć się wszelkich zmartwień, zapomnieć o kłopotach i udać się do tytułowego „Downtown” – odrzucić wszelkie ograniczenia i konwenanse i odnaleźć w sobie „Downa”. Nawet chwilowa ucieczka do tego alternatywnego świata może pomóc w lepszym zrozumieniu siebie samego, odcięciu od codziennych problemów, odnalezieniu w sobie dziecięcej wrażliwości, niewinności. Dla widza to moment na zastanowienie gdzie właściwie przebiega granica pomiędzy tym co „normalne” a „nienormalne” i co ją wyznacza. Podobnie jak w przypadku filmu „Idioci” Larsa von Triera, fotografie Petersena skłaniają do zadania sobie pytania czy normalniejszy jest nasz codzienny „teatr”, sztuczne konwenanse, kurtuazyjnie udawane uprzejmości czy szczerość, prostoduszność i spontaniczność osób, którym przypięto łatkę „chorych psychicznie”.
Petersen w „Downtown Collection”, podobnie jak Chris Niedenthal w „TABU – portretach nie portretowanych”, w ramach profesjonalnych sesji fotograficznych (zdawałoby się, że zarezerwowanych wyłącznie dla gwiazd popkultury i topmodelek) sportretował swoich modeli starając się w sposób subtelny ukazać ich wewnętrzne i zewnętrzne piękno, stworzyć rzetelne portrety psychologiczne – a jednocześnie stworzyć obiekty elitarne. Jednak Petersen posuwa się dalej niż Niedenthal – korzysta z pomocy stylistów, projektantów mody, makijażystów – i z pełnym rozmachem tworzy magiczny świat, w którym jego modele nie tracąc nic ze swojej osobowości nabierają blasku i stają się prawdziwymi gwiazdami. Celnie ujmuje to Ewa Suchcicka, Prezes Stowarzyszenia Rodzin i Opiekunów Osób z Zespołem Downa Bardziej Kochani: „Na każdej fotografii są jak żywi, ze swoimi minami, pozami… Ale jednocześnie są inni, jakby nie z tego świata, nie z naszego świata, gdzie my jesteśmy normalni, a oni są „downami”. W swoim świecie-mieście oni są wielcy, piękni, mądrzy, utalentowani. Tańczą, malują, śpiewają… Może patrząc na te zdjęcia poczujemy się tak, jakbyśmy stali przed „gwiezdnymi wrotami” i mogli przenieść się w inny wymiar i w inny czas, do miasta, którego nie ma, a które jest.”     

Anna Szynwelska
CSW Łaźnia w Gdańsku  

 

 

Back